wtorek, 12 lutego 2013

Masala Chai - herbata po indyjsku

Zimno...! To znaczy niby nie aż tak bardzo, ale wilgoć jakaś w powietrzu i odczuwalna temperatura to chyba   minus 200, czy jakoś tak... brrr!

Wypas pod palmami [fot. A.Romaniecka, Kerala/ Indie]

Trzeba więc coś na rozgrzewkę.
Polecam Masala Chai czyli herbatę na sposób indyjski. Słowo masala znaczy po prostu mieszankę. Jest to bowiem herbata z mieszanką przypraw. W każdym indyjskim domu chai smakować będzie inaczej, bo każda pani domu ma swoją recepturę na proporcje składników.

Napój ten szczególnie smakuje w chłodne indyjskie poranki w sezonie zimowym - raczej nie dotyczy stanu Kerala, z którego pochodzą załączone zdjęcia...
Chai podaje się także podczas spotkań biznesowych. Ważne, by  był naprawdę słodki i mocny.
Najbardziej lubię go w wersji pikantnej.

Poniżej podaję przepis w wersji wegańskiej - mleko krowie zastępuję w nim sojowym.
Ilość dla 2 zmarźluchów :-)




vege MASALA CHAI na mój sposób

0,5 l mleka sojowego
łyżka stołowa sypanej, czarnej herbaty liściastej
kardamon
goździki
wanilia w strąku (ew. cukier waniliowy)
pieprz czarny, świeżo mielony
cukier (brązowy, biały, trzcinowy - jak kto woli)

Gdzie pieprz rośnie... [fot. A.Romaniecka, Kerala/ Indie]
Mleko wlać do garnka i wstawić do gotowania na małym ogniu. Już do zimnego można wsypać herbatę - 1 kopiastą łyżkę, ale proporcje należy wypracować z praktyką. Ja lubię, gdy herbata jest naprawdę mocna. W sumie niby można zrobić chai z herbaty w torebkach, ale mnie się zawsze wydaje, że czuć smak papieru...

Teraz w moździeżu utrzeć kardamon w ziarnach (4-7 szt.) Wsypać do mleka wraz z zielonymi łuskami. Potem rozetrzeć w ten sam sposób goździki (4-7 szt. w zależności od preferencji). Dodać do mleka. Wyskrobać ze strąka wanilii ciemną pastę lub dodać łyżeczkę cukru waniliowego. Dodać pół płaskiej łyżeczki grubo zmielonego pieprzu. Gdy mleko z przyprawami tylko zacznie się gotować, wyłączyć je i od razu przykryć szczelnie pokrywką. Teraz cud-mikstura naciągnie mocą  smaków i aromatów ... I będzie boska...

Najlepiej odczekać 5-7 minut. Odkrywam garnek i mieszam zawartość, by smaki się połączyły. Dodaję cukier. Przelewam do kubków przez sitko. 
Pić koniecznie gorące!

Najfajniejsze jest to, że można z czasem wypracować własną, unikalną recepturę, czego życzę :-)

Poranna mgła [fot. A.Romaniecka, Kerala/ Indie]

poniedziałek, 10 grudnia 2012

dla zziębniętego drwala :-)

Jest pięknie...! I zimno...!
Ale ostatecznie to zima w Polsce, a nie wiosna na Malediwach.

I z tej okazji dziś w kociołku coś dla zziębniętych i ciężko pracujących - drwali, na przykład. Tak, aby można było się najeść, szybko rozgrzać, a przy tym dzierżyć łyżkę w poczuciu, że się, prawda, je, a nie bawi nożem i widelcem. Żadna to pochwała prostackich manier, ile reklama prostego, sycącego dania, dla odmiany w klimacie lokalnym. Nie jakieś tam azjatyckie, czy arabskie wymysły ;-)

Potrawę, jakżeby inaczej, ochrzciłam stosowną nazwą...

Kasza Drwala [fot. A.Romaniecka]

Kasza Drwala

składniki dla 2-3 zziębniętych i głodnych:

0,5 kg kaszy jęczmiennej, gruboziarnistej mazurskiej
0,5 kg dużych pieczarek
3 duże cebule
2 duże marchewki
1 duży ząbek czosnku
olej
świeży koperek
świeży majeranek, w ostateczności 1 łyżka suszonego
sól do smaku

Czas przygotowania: 20-30 min (z gotowaniem kaszy włącznie).

Kaszę z odrobiną soli ugotować na sypko. W tym czasie pokroić w talarki obrane marchewki i ugotować je na parze. Niby można w wodzie, ale marchewka straci przez to więcej wartości odżywczych i na pewno zubożeje smakowo. W czasie, gdy marchewka się gotuje, pokroić pieczarki w plastry, raczej grubsze niż cienkie. Ja pieczarek nie obieram, ale dokładnie je myję i osuszam. 

W większym płaskim garnku udusić pod przykryciem pieczarki na oleju, z dodatkiem soli i pokrojonym w cienkie plasterki czosnkiem (nie wyciskać  czosnku, ale pokroić). Pamiętać o mieszaniu od czasu do czasu. W tym czasie, gdy nadal gotuje się kasza, marchewka, oraz duszą pieczarki, trzeba zabrać się za krojenie cebuli w piórka. Poddusić ją z odrobiną soli na oleju - też pod przykryciem. Ugotowaną na sypko gorącą kaszę wsypać do uduszonych pieczarek. Dorzucić ugotowane talarki z marchewek. Dodać dużo posiekanego świeżego koperku. Wymieszać. Warto dodać jeszcze świeży, mrożony majeranek. Może być też taki z doniczki z marketu - pewnie jeszcze lepiej. Przykryć, aby aromat ziół przeszedł całość. W tym czasie cebula elegancko się już udusi. Trzeba ją dodać do potrawy i dobrze wymieszać. Przykryć i zostawić na 3 minuty, aby smaki się "przegryzły". 

Będzie dobre, oj tak...   :-)

wtorek, 4 grudnia 2012

W marokańskim słońcu

Wspomnienia z Maroka [fot. A.Romaniecka]
 
Jaki byłby temperament Polaków, gdybyśmy mieli nad sobą przez większość roku słońce i błękitne niebo? 

W krajach, gdzie tych dóbr jest pod dostatkiem, nawet gdy warunki życia skromne, ludzie wydają się mniej marudzić. Póki co jednak, wokół sezon bezlistny i szarawy, więc trudno nie utyskiwać... Tym bardziej więc wspominam ciepłe i słoneczne miejsca, w których kiedyś byłam. A że wspomnienia niosą ze sobą także doznania kulinarne, łatwiej wywołać w głowie obrazy z podróży, gdy przygotowuje się coś, co się gdzieś tam daleko jadło.

I tym sposobem naszło mnie na hummus... Bo Maroko i Marrakesz. Bo mnóstwo kolorów, dźwięków i zapachów. Miasto, które nie śpi.        I choć w Marrakeszu hummus jadłam tylko raz, to był to najlepszy raz w moim życiu. Od tej pory, ilekroć robię własny, próbuję uzyskać ten sam smak. I jest już całkiem nieźle :-) 

Nie będę opisywać wszystkich wrażeń z Maroka. Zamiast tego wklejam kolaż z moich zdjęć - tych, które najbardziej kojarzą mi się z tą podróżą. 

Dobra - teraz hummus!
Wyjdzie go dużo - akurat na spotkanie w większym gronie. W przeciwnym razie przez kolejne 3 dni menu będzie monotonne...

HUMMUS czyli pyszna pasta z cieciorki


Hummus mojej roboty :-)
Składniki:

0,5 kg cieciorki, zwanej też ciecierzycą
2 duże ząbki czosnku
1 łyżka tahini czyli pasty sezamowej
sok z połówki niedużej cytryny
0,5 - 1 szklanka wody
1/4 szklanki dobrej oliwy extra virgin
mielony kumin (przyprawa indyjska i bliskowschodnia, nie mylić z kminkiem, nazwa w hindi: jeera).
sól

Cieciorkę zalać wrzątkiem. Wody wlać sporo ponad powierzchnię cieciorki, bo szybko ją wchłonie. Zostawić najlepiej na noc lub min. 6h.  Ugotować do miękkości w tej samej wodzie. Może potrwać to ok. 1h. Pod koniec gotowania wsypać płaską łyżkę soli. Po ugotowaniu odcedzić i ostudzić - zachować 1 szklankę wywaru. Stopniowo wsypywać do pojemnika robota kuchennego - nie mielić wszystkiego naraz. Dodać kilka łyżek wody, aby masa lepiej się zmiksowała i stopniowo dosypywać cieciorkę. Dodać w trakcie zgnieciony czosnek, łyżkę tahini, łyżkę mielonego kuminu, sok z cytryny i 3 łyżki oliwy. Miksować dalej. Gdyby masa nadal była za gęsta, dodać kilka łyżek wywaru i 1 łyżkę oliwy. Dosolić, jeśli trzeba. Ważne, aby nie przesadzić. Masa ma być na tyle gęsta, aby nie spadała z pieczywa.

Aby hummus nie wysechł, na wierzch leję odrobinę oliwy. Posypuję lekko kuminem. Można jeszcze dodać  trochę posiekanej kolendry.
Hummus wspaniale smakuje na podpieczonym w tosterze pieczywie, albo po prostu wyjadany bezpośrednio z miski własnie za pomocą np. kawałków bagietki czy ciepłego pieczywa typu naan czy pita. Jest to danie bardzo sycące, bo ciecierzyca ma dużo białka.
Hummus wytrzyma w lodówce max. 3 dni. Po wyjęciu z lodówki wzmacnia się jego czosnkowy smak, więc trzeba mieć to na uwadze ;-)

W Maroku zajadałam się wegetariańską wersją podstawowego, prostego dania Tajin [czyt. tażin]. W zasadzie jest to nazwa naczynia z gliny ze stożkowatą pokrywą, w którym przygotowuje się najrozmaitsze potrawy, także na słodko.
Mój tajin - średnica 35 cm
Udało mi się przytaszczyć do Polski takie cudo - ciężkie jako cholera. W manufakturze, gdzie je wyrabiano można było kupić bardzo ozdobne wersje, ale koleżanka D. - znawczyni miejscowej kultury i kuchni, wybrała mi taki prawdziwy tajin. Przeprowadziłam dwie próby - obie średnio udane. Jednak po kolejnej podróży - tym razem do Marrakeszu, olśniło mnie, jak należy to doprawiać i zamierzam próbować do skutku :-) 

Tak wyglądały nasze obiady w Marrakeszu :-) Po zdjęciu pokrywy potrawę podaje się w tym samym półmisku, w którym się gotowała. Trochę jak gotowanie na parze - warzywa zachowują swój smak i aromat.
Rozmarzyłam się... ech, słodka herbata ze świeżej mięty pita w marokańskim słońcu przy Placu Jemaa el-Fnaa... Może kiedyś raz jeszcze... Inshallah... Jak Bóg da...



Słodka herbata ze świeżej mięty w słonecznym Maroku [fot. A.Romaniecka]



sobota, 1 grudnia 2012

Od Zuzanny dla Hansa Klossa

Aby wejść w klimat, konieczne jest postawienie pytania (i kliknięcie):

Bo sława paryskiego Placu Pigalle mało ma wspólnego z kasztanami. Już pewnie bardziej z Zuzanną. Albo koleżankami Zuzanny...
To okolica pełna nocnych klubów i sex-shopów. Są i kabarety, a wśród nich słynny Moulin Rouge. Na ulicach tej dzielnicy Edith Piaf, za młodu, zarabiała śpiewem na jedzenie. Jeszcze wcześniej, w bezpośrednim sąsiedztwie swoją pracownię miał Henri de Toulouse-Lautrec. Zainteresowanych twórczością tego artysty odsyłam także tu: Henri de Toulouse-Lautrec page .

Wracając do kasztanów - smaczne to i zdrowe. Ni to słodki ziemniak, ni to orzech o karmelowym posmaku. Mam na myśli oczywiście kasztany jadalne. Nasze rodzime lepiej zostawić na robienie ludzików lub odpromienników pod łóżka (!). 

Niegdyś w Polsce rarytas, teraz pojawiają się częściej w sklepach i nie są jakoś bardzo drogie. Kupiłam dziś pół kilo - wystarczy na dwa rzuty dla dwóch osób, bo są bardzo sycące. Kilogram kosztuje ok. 15 zł. 
Jest kilka sposobów na upieczenie kasztanów. Poniżej mój, a powyżej zdjęcia z dzisiejszego pieczenia :-)

PIECZONE KASZTANY

0,5 kg kasztanów jadalnych


1. Kasztany naciąć na krzyż od strony wybrzuszonej ostrym nożem - uwaga, bo łatwo o amputację palców! 
2. Wsypać kasztany do wrzącej wody. Gotować max. 10 minut.
3. W tym czasie rozgrzać piekarnik do ok. 180 stopni.
4. Odcedzone kasztany układać na blasze (na pergaminie), płaską stroną do dołu.
5. Piec ok. 15 minut, choć to zależy od piekarnika. W każdym razie pęknięte kasztany powinny być ciemnozłote, a nie ciemnobrązowe.

Voila!
Najlepiej jeść gorące. Obiera się twardą skorupę i włóknistą otoczkę.

A - jeszcze jedno. Kupując kasztany, należy wybierać te ładne, o błyszczącej łupinie. Bez dziurek, bo w środku będzie robak. Nie kupować też takich, które mają w środku za duży luz. Nie, że są nadmiernie rozbawione ;-) Po prostu jeśli "grzechoczą" to znaczy, że za bardzo wyschły. Z kolei ciemne plamy na łupinie mogą wskazywać na pleśń.

Okazuje się, że w Polsce podobno całkiem dobrze udaje się uprawa kasztanów jadalnych. Marzy mi się takie drzewo... 







wtorek, 27 listopada 2012

Kanapka Elvisa i Mój Ukochany Na Ciepło (tribute to "Milimoi")

Niby jest jeszcze w miarę ciepło, ale bez przesady... Ciało z klimatu strefy umiarkowanej już czuje pismo nosem... idzie zima. I bez względu na to, jak bardzo człowiek się opiera, geny pamiętające trudy ostatniego zlodowacenia, przypominają o gromadzeniu zapasów. Ma się ochotę na więcej dań treściwych i na pewno ciepłych. Micha sałaty, bez względu na to, jak smaczna i cudownie niskokaloryczna, nie wystarczy.

Wychodząc na przeciw naturze, raczę się, ale tak w sam raz.
Będzie więc o bananach i maśle orzechowym.
Znam dwa smaczne sposoby na jesienno-zimowe kalorie z jednoczesnym użyciem obu.
=================================================================

Na przykład taka KANAPKA ELVISA

Według legendy była to ulubiona przekąska Elvisa Presleya, choć podobno dodawał tam jeszcze smażony bekon. Z oczywistych dla mnie względów pomijam bekon.

Moja wersja Kanapki Elvisa [fot. A.Romaniecka]
Składniki na 1 osobę - bo to jadam samotnie. Domownicy nie przepadają...

2 połówki kawałka żytniej bagietki (może być pszenna, ale żytnia zdrowsza... ew. 2 kromki chleba tostowego)
Masło orzechowe - z orzechów ziemnych, nie Nutella (!)
Banan

Opiekam pieczywo w tosterze. Smaruję masłem, układam plastry banana (dużo!!!). Składam albo i nie.
Mniam - ssssmaczne...! I proste - nie da się zepsuć.

=================================================================
Innego dnia, wykorzystując "nabyte drogą kupna" masło orzechowe i banany, można sobie jeszcze zafundować o poranku, lub jak kto woli na dobranoc, MOJEGO UKOCHANEGO NA CIEPŁO . Zapewniam, że nie chodzi o żadne "takie tam" ;-) 

Jest to płynne, ciepłe i rozleniwiające ukojenie, którego spróbowałam pierwszy raz kilka lat temu w uroczej kawiarni w Podkowie Leśnej. Mowa o kultowym już miejscu: "Milimoi". Nie pamiętam, czy jest to pomysł ichni - tak czy inaczej można to tam wypić.

Poniżej podaję moją wegańską wersję tego boskiego nektaru, który świetnie zastępuje posiłek.

Składniki na 2 osoby

0,5 l mleka - w przypadku wegan: sojowego lub innego roślinnego
średniej wielkości banan
1 kopiasta łyżka masła orzechowego (z orzechów ziemnych!)
Ew. brązowy cukier
wanilia

Mleko podgrzać, ale nie gotować.
Dodać pokrojonego w cząstki banana i masło orzechowe - łatwo schodzi z łyżki w ciepłym mleku. Dodać cukier z wanilią. Czasem banan jest tak słodki, że nie ma co dosładzać. Wtedy można dać samą wanilię (tzn. wyskrobać te czarne drobinki ze strąka). Krótko zmiksować blenderem. 
Kolor bardzo dyskusyjny, ale za to smak cudny... Dzieciom też będzie smakować :-)

Teraz pozostaje tylko mlasnąć ze smakiem, wytrzeć dzióbek, pogłaskać domowe zwierzę i zaszyć się             z książką w jakieś przytulne miejsce... Wzorem Muminków można jeszcze przed nieuchronną hibernacją  zapchać się leśnym igliwiem. I aby do wiosny, aby do wiosny...

wtorek, 20 listopada 2012

Dynia na warsztacie: podejście nr 1 i nr 2

Zasadniczo bardzo się lubimy. Tę wzajemną sympatię przerywały krótkie epizody braków na półkach zaprzyjaźnionego sklepu. Bo dynia w occie to od kilku lat mój przysmak. W zasadzie jem ją do wszystkiego. Szczęśliwie ani Najlepszy Przyjaciel, ani też Kochane Potomstwo, nie przepadają za tym smakiem. Tym więcej dla mnie. Z tym, że osobiście doprawiam każdy kupiony słoiczek goździkami. Wrzucam ich kilka i ponownie zakręcam słoik. Po dobie smak jest niebiański...

Obieranie dyni to prawie sport ekstremalny [fot. A.Romaniecka]
Wiedziona dyniowym instynktem pokusiłam się ostatnio na obczyźnie o spróbowanie dziwnej potrawy wegańskiej. Soczewica, bataty, dynia i fenkuł. Miało być zdrowo, w związku z tym - nadal nie rozumiem tego fenomenu - przypraw w zasadzie nie było. No może nieco soli. Smak był pastewny i jakiś taki paździerzowaty. Sytuację ratowały tylko duże kawałki idealnie uduszonej dyni. Smak i konsystencja absolutnie boska, mimo, że bez goździków - trudno uwierzyć, ale jednak było smaczne. 

Zainspirowana, po powrocie do domu rozprawiłam się z dynią podarowaną przez Rodzicielkę. Jest z tym zabawa. I strasznie tego dużo! Nie było więc wyjścia - przez weekend do obiadów dodawałam więc dynię.
Oto, co wymyśliłam.

 Dynia z mlekiem kokosowym, orzechami ziemnymi i kolendrą  

P  o  l  e  c  a  m!



Dynia z mlekiem kokosowym, orzechami ziemnymi i kolendrą [fot. A.Romaniecka]
  • 0,5 kg pokrojonej w dużą kostkę, obranej dyni
  • 4 średniej wielkości ziemniaki - pokrojone w większą kostkę
  • 2 duże cebule (zwykłe), pokrojone w półkrążki
  • 3 duże ząbki czosnku, posiekane drobno
  • małe lub średnie mleko kokosowe (ja kupuję w małym kartoniku)
  • 2 garści niesolonych, obranych i nie prażonych orzeszków ziemnych
  • 1/2 szklanki fasolki mung lub jakiejkolwiek soczewicy
  • świeża kolendra (posiekać)
  • można ew. dodać 2 średnie marchewki (pokrojone w cienkie talarki)

  • 2 łyżki curry
  • sól, pieprz, brązowy cukier, 2 szkl. wody

Pokrojoną dynię ugotować. na parze. W międzyczasie udusić na oliwie cebulę i czosnek, dodając wszystkie przyprawy, łącznie z cukrem. Jak cebula zmięknie i lekko zbrązowieje, wlać wodę i wsypać fasolkę/soczewicę i orzechy. Dodać pokrojoną marchewkę. Całość gotować pod przykryciem aż fasolka/soczewica i marchew będą miękkie - ok 15 minut. 
Po ugotowaniu dyni na parze, przełożyć ją do miski. Ugotować na parze pokrojone ziemniaki. Po ugotowaniu, dodać oba warzywa do garnka z fasolką/soczewicą. Dodać mleko kokosowe. Chwilę poddusić, ale nie za długo, by dynia i ziemniaki nie rozpadły się.
Podawać w miskach z posiekaną świeżą kolendrą. Koniecznie wymieszać kolendrę z daniem przed zjedzeniem, aby jej aromat rozłożył się równomiernie. 
Danie smakowo przypomina kuchnię tajską lub indonezyjską, bo jest nieco słodkie. Kolendra nadaje mu egzotycznego posmaku. W sam raz na okres jesienno-zimowy. Czas wykonania: ok 20 min. z gotowaniem.


Sos szpinakowo-czosnkowo-dyniowy do spaghetti - PORAŻKA - NIE PRÓBOWAĆ!

Stanowczo odradzam. Nawet nie podam przepisu. Idea z grubsza była następująca: sos ze świeżego szpinaku robiony jak zwykle na oliwie i wcześniej podduszonej czerwonej cebuli krojonej w ósemki. I czosnek. Doprawione śmietaną owsianą (tak!tak! to zagęszczone mleko owsiane, alternatywa do sojowego). Z racji tego, że dyni u nas teraz dużo, i ona dołączyła do składu. I to był błąd. Zjeść, zjedzono, ale miny wyrażały zaledwie uprzejmą tolerancję.

Dynię jeszcze mam, więc wkrótce kolejne próby...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Bez propagandy. Samo jedzenie!

Nie zamierzam nikogo przekonywać, że weganizm czy wegetarianizm są lepsze - kwestia osobistego wyboru i światopoglądu.

Ale jedno jest pewne: weganie też jedzą smacznie. Poważnie - bez jaj :-) Bez nabiału w ogóle!
Smaki Bliskiego Wschodu w moim wykonaniu: tabbouleh, falafele, hummus, rukola z oliwą, kukurydza gotowana i oliwki [fot. A. Romaniecka]

Nie jem mięsa od 23 lat. Od niemal 3 miesięcy wyłączyłam z diety pozostałe produkty zwierzęce. Z różnych powodów. Także zdrowotnych. Przez ostatni rok zjedzenie jogurtu, czy sera, natychmiast kończyło się męczącym kaszlem.

Ale to już przeszłość.
Pierwsze dni na diecie wegańskiej, mimo zapisania się do różnych start-up'ów (Polska, USA, UK), był czasem lekkiej paniki. Kawa z mlekiem sojowym - horror... Okazało się też, choć wcześniej jakoś o tym nie pomyślałam, że z ciast i ciastek w kawiarniach - nici. Też horror. I w ogóle słodycze wegańskie to rzadkość. Nie ma rady, co zrobić.. Będzie chudnięcie...
W sumie więc, choć nie taki był zamysł, zaczyna mnie być mniej. Oczywiście się cieszę :-)

W wegańskiej przygodzie, z odwagą i równie wielkim entuzjazmem, towarzyszy mi mój Najlepszy Przyjaciel, wegetarianin dłużej niż ja. W weekendy wegańskie dania próbuje też dorosłe już, Kochane Potomstwo.

W międzyczasie kawa z mlekiem sojowym zaczęła smakować. Co więcej - polubiłam też samo espresso :-)

Mój blog w zamyśle jest zapisem radosnej twórczości kulinarnej i testowania na sobie oraz bliskich, rozmaitych przepisów. Jednym słowem, sukcesy i porażki przy blacie wegańskiej kuchni.